menu

poniedziałek, 10 lipca 2017

Kirgistan dzień 7 - zakopani w błocie

Poranna pobudka ok 8 nie była zbyt dotkliwa i w samą porę bo zaczęło się robić gorąco. Szybkie śniadanie i byliśmy gotowi do drogi. Złożenie obozu trwało zaledwie 30 minut i nie pozostawiliśmy po sobie żadnego śladu. Swoją drogą jaki piękny kraj, gdzie rozbijasz obóz gdzie chcesz.


Ludzie nam kiwali z mijanych samochodów
Ruszyliśmy w stronę gór w kierunku znanym tylko kierownikowi ekipy. Szutrowa, kręta droga prowadziła nas w stronę wysokich gór.


Jak zwykle na prowincji w Kirgistanie na drodze co rusz spotykaliśmy konie.


 Po całej serii wspaniałych widoków dotarliśmy do Tash Rabat, gdzie stała jakaś stara budowla, był hostel (w jurtach oczywiście), toalety a za wejście pobierana była opłata. Coś niespotykanego jak na Kirgistan.


Budynek okazał się być starym miejscem postoju kupców, gdzie dochodziło też do wymiany towarów. Położony gdzieś w sercu gór aż dziw, że tak zlokalizowany ale zapewne wynikało to ze specyfiki czasów czy szlaków handlowych, które od dawna już nie istnieją.

Kirgiz przygląda się przyjezdnym
Niestety droga się tam kończyła i aby dotrzeć do jeziora Czatyr Kol musieliśmy wrócić na drogi asfaltowe. Upał już dawał się we znaki a po drodze mijaliśmy źródło górskie - woda po prostu wypływała ze zbocza i zapraszała nas do schłodzenia się.


Jednak wkrótce czekała nas niemiła niespodzianka. Na drodze był punkt wojskowy i zagrodzona droga. Jak się dowiedzieliśmy aby przejechać dalej potrzebna była przepustka, którą można było otrzymać w Naryniu. Próby negocjacji zakończyły się niepowodzeniem i dowiedzieliśmy się, że na planowanej przez nas trasie jest kilkanaście takich punktów i nasza podróż bez przepustki jest niemożliwa, nawet gdyby przepuszczono nas na tym punkcie.

Zawróciliśmy więc w kierunku Narynia z mglistym planem uzyskania przepustki bo w końcu jest niedziela i pewnie wszystkie właściwe urzędy są zamknięte. Po drodze kierownik zarządził, że mamy przejechać polnymi drogami na skróty do drogi, która miała nas gdzieś zaprowadzić. Gdzie? Tego nikt jeszcze nie wiedział.

Początkowo ta polna droga była nie najgorsza ale potem stopień trudności zaczął się zwiększać. Pojawiały się coraz trudniejsze przeszkody takie jak rowy, rzeczki czy skarpy. Miałem szczęście prowadzić auto i była to dobra szkoła jazdy terenowej. W niektórych momentach warunki były tak trudne, że ster przejmowali bardziej doświadczeni członkowie ekipy. Momentem kulminacyjnym był przejazd przez kamienisty strumień górski. trzeba też przyznać, że koledzy motocykliści mieli równie trudne i ciekawe warunki do jazdy. Po prostu zazdroszczę ;)
Było też pokonywanie wzniesień a nagrodą za trud podjazdu zawsze był wspaniały widok.



W końcu dotarliśmy do szutrowej drogi, która zaprowadziła nas do małej miejscowości gdzie staraliśmy się znaleźć jakieś paliwo. I pomimo wiszących w wielu miejscach tablic "benzin" paliwa nie było. Zatrzymaliśmy się zatem gdzieś w cieniu bo żar z nieba lał się okrutny.


Kiedy tak staliśmy podeszła do nas jakaś dziewczynka i przyniosła pieczywo. Chwilę później z sąsiedniego gospodarstwa wyszła kobieta i poczęstowała nas lokalnym specjałem: lepioszką z konfiturą lub masłem klarowanym do wyboru. Oprócz zaspokojenia głodu była to też okazja do porozmawiania i zrobienia kilku zdjęć. Kirgistan mnie zaskakuje bo gdzie indziej gospodarz wyskoczy z poczęstunkiem do ludzi, którzy stanęli pod jego płotem? I ci ludzie robią tak z dobrego serca nie oczekując nic w zamian. Bardzo tego brakuje mieszkańcom Europy.





W końcu udało się kupić paliwo i pojechaliśmy w stronę Narynia. Jednak ok. godziny 19 znaleźliśmy ciekawe miejsce na nocleg i rozbiliśmy obóz.

Opuszczona stacja benzynowa