menu

czwartek, 13 lipca 2017

Kirgistan dzień 9 - 3850 mnpm !!!

Kirgistan
Dzisiaj obudziłem się w najpiękniejszym miejscu na świecie.
Poprzedzającego wieczora integrowaliśmy się co najmniej do 4 rano. Co było dalej niestety nie wiem bo udało mi się zasnąć. Rezultatem nocnych rozrywek było lekko opóźnione i powolne budzenie się całej ekipy. Zwłaszcza, że otoczeni urokami górskiej doliny wraz z szumem górskiego strumienia nie mogliśmy się skupić na szybkim zwijaniu obozowiska. Rezultatem był start dopiero ok godziny 11.



Tego dnia przydzielono mi kierowanie Land Roverem. Ruszyliśmy zatem w kierunku gór trasą przeznaczoną tylko dla samochodów 4x4 o nazwie Tossor Pass prowadzącą przez góry do jeziora Issyk Kul. Początkowo droga była dość łatwa aż do momentu kiedy zaczęliśmy stromo piąć się w górę.


Póki co robiło się cieplej ze względu na to, że temperatura podnosiła się szybciej niż jej spadek wywołany wysokością. A więc kiedy trafiliśmy na górski staw zatrzymaliśmy się z myślą o ochłodzie. Tomek wystartował dronem aby nakręcić parę ujęć a dwie osoby postanowiły zmoczyć się w wodzie. W tym momencie dron zahaczył o skały i wpadł do strumienia. Adrian rzucił się na ratunek i wyciągnął go szybko z wody. Uszkodzenia były minimalne (tylko ułamana jedna końcówka śmigła) a na dodatek jeszcze paliły się kontrolki na dronie. Jak wiadomo, w przypadku zamoczenia elektroniki pod napięciem ważne jest jak najszybsze odłączenie zasilania aby uniknąć uszkodzeń na skutek zwarć. Na szczęście nasze krzyki przedarły się przez szum strumienia i Adrian wyjął baterię. Jeszcze chwilę zajęło dostarczenie drona na brzeg i zmówienie modlitwy w intencji dalszego działania. Niestety jak na ten moment dron był niesprawny a z przygotowywanego materiału zostało tylko kilka zdjęć.

Dron wyłowiony
Zatem ruszyliśmy dalej. Pogoda była w kratkę jak to w górach; po jednej stronie góry słonecznie a po drugiej grad. Ale ponieważ wjeżdżaliśmy w coraz wyższe partie gór widoki też były coraz bardziej fascynujące a warunki jazdy robiły się coraz trudniejsze i musieliśmy co jakiś czas przejeżdżać przez kamieniste odcinki dróg i małe strumienie.

Postój w punkcie z widokiem


Drogę urozmaicały nam spotkania z mieszkańcami i zwierzętami, które zupełnie nas ignorowały.


Konie na kirgiskich łąkach
Jaki
W jednej z dolin trafiliśmy na obóz złożony z szeregu namiotów. Był tam tylko jeden człowiek pilnujący całości. Skorzystaliśmy z super komfortowych toalet wyposażonych w porcelanowe muszle. Postój tam trwał prawie godzinę co miało później okazać się sporym błędem. Póki co nawigacja wskazywała, że dojazd do celu zajmie nam jeszcze ok. 3 godzin co dawało nam fałszywe poczucie, że mamy sporo czasu. W tym obozie doszło do zmiany za kierownicą Landa, którego od tego momentu prowadziła Agnieszka.


Dalsza droga okazała się zupełnie inna od tego co przewidywaliśmy. Pojawiły się odcinki z dużymi kamieniami oraz szerokie strumienie z wartkim prądem. W wielu miejscach droga była przerwana przez wodę i musieliśmy te przerwy objeżdżać. Efektywna prędkość jazdy spadła do 10km/h a odległość od celu wynosiła wciąż jeszcze 90km. Liczyliśmy na to, że za chwilę osiągniemy przełęcz i zaczniemy zjeżdżać z góry ale pomimo sporadycznych odcinków drogi prowadzącej w dół nasza wysokość ciągle rosła.

Niełatwe przejazdy przez strumienie
Czasami droga wydawała się całkiem łatwa
Piękna roślina, którą spotkaliśmy wysoko w górach
Przy drodze pojawiły się dziwne ale piękne rośliny, zrobiło się też chłodno bo temperatura spadła do zaledwie 13 stopni. W tym miejscu, które wydawało się nieosiągalne dla zwykłych pojazdów trafiliśmy na dwóch kirgizów próbujących naprawić rozkraczony samochód marki Kia sportage (stara wersja). Okazało się, że samochód palił olej i prawie nic już nie zostało. W tej sprawie mogliśmy ich poratować ale nadal zagadką pozostaje jak w ogóle tam dotarli gdzie my się przebiliśmy z wielkim trudem. W końcu Kia sportage to raczej bulwarowa terenówka a nie pojazd do jazdy w tak ciężkim terenie.

W kilka minut później byliśmy już na przełęczy i osiągnęliśmy wysokość 3850 mnpm. Piękny widok na oblodzone skaliste zbocza rekompensował nam niesamowite trudy jazdy. Niestety robiło się już późno, światło było coraz słabsze a na dodatek przed nami zostało wiele kilometrów do celu. Teraz dopiero uświadomiliśmy sobie, że powinniśmy byli przewidzieć o wiele więcej czasu na przejazd, wystartować wcześniej i ograniczać czasy przerw. Niestety zaczął zapadać zmrok i poczułem, że za dnia na pewno nie dojedziemy do celu. A nie wiadomo było czego się spodziewać w dalszej drodze bo jeśli złapie nas noc w górach i trafimy na kolejny przerwany odcinek drogi to może się okazać, że nie uda się nam dalej przejechać. A nie było zasięgu sieci i żadnego kontaktu z kierownikiem wyprawy, który jechał z grupą motocyklistów.



Trochę szczęścia jednak dzisiaj mieliśmy. Droga w dół była o wiele łatwiejsza niż w górę, nie było skomplikowanych brodów i kamienistych odcinków. Dzięki temu pomimo jazdy w ciemnościach udało się nam dotrzeć do punktu gdzie czekała ekipa motocyklistów.

 Była 22:30 a przejazd prze góry zajął nam prawie 12 godzin. Byliśmy nieźle zmęczeni trudami tego dnia zatem szybko dojechaliśmy do miejsca noclegu w miejscowości Tosor. Tam czekały na nas łóżka z pościelą ale niestety nie było wody bo jak twierdzili gospodarze jest dostarczana tylko za dnia. Za późno było na dyskusję więc zaakceptowaliśmy cenę 500 Som od osoby, zjedliśmy szybko kolację i położyliśmy się spać.Byliśmy co prawda kilkaset metrów od jeziora ale zwiedzanie okolicy przełożyliśmy na kolejny dzień.